Twoje konto

Wiadomo Stolica

Najniższa cena z 30 dni : 18,20 zł

Nakład wyczerpany koszty przesyłki od 13,00 zł

Cena: 18,20 zł z VAT 27,30 zł

Kolejny tom opowiadań powojennych Stefana Wiecheckiego czyli popularnego, słynnego, najbardziej warszawskiego z warszawskich pisarzy - Wiecha. Niniejszy tom obejmuje opowiadania opublikowane pierwotnie w latach 1945-49. I jak zwykle u Wiecha skrzą się humorem, a dobroduszny i zjadliwy humor Wiecha pasuje wszak też i do naszej rzeczywistości. A w szczegółach znajdziecie opowiadanie tytułowe!

Wiadomo – stolica!

 

– Patrz pan, panie szanowny, Hitler powiedział, żena miejscu Warszawy kartofle będą rośli i faktycznie pełno tu kartofli, ale ze słoninką…

– Rzeczywiście, na każdej budce napis figuruje: „Zsiadłe mleko z kartoflami”.

– Nie jego robaczywa w ząbek czesana głowa, Kobyłkie czy insze Piaseczno z Warszawy zrobić. Gdzie stolica była, tam stolica została.

– No, troszkie nas łobuz spalił…

– Cóś niecóś, ale gront, że warszawiaki fasonu nie stracili. To wszystko apiać się odremontuje. Zaraz na drugi dzień, jak tylko szkopów cholera stąd wzięła, pierwsze budki w Jerozolimskiej alei stanęli, gdzie skromne, ale pożywne zagryche można było dostać, pod ćwiartkie „karbitówki”.

– Przepraszam pana szanownego, a co to takiego?

– Nie słyszałeś pan? Bimberek z „karbitu” robiony.

– Co pan mówisz?

– To co pan słyszysz. Warszawski wynalazek.

– I niezły?

– Nie najgorszy. W smaku pomaranczówkie przypominał.

– A siłe przepisowe posiadał?

– Owszem, bo ciut-ciut kwasu solnego dolewali.

– I dla autonomii ludzkiego ciała był nieszkodliwy?

– Tego detalicznie panu szanownemu nie powiem. W każdem bądź razie wody po niem pić nie było wolno, bo gaz nosem uderzał, tak że o nieszczęśliwy wypadek z ogniem było nietrudno.

– I teraz go jeszcze tu sprzedają?

– Gdzieniegdzie, ale tylko dla znawców, a tak to monopolowa odchodzi, i to mocno.

– A zakąski są odpowiedzialne?

– Panie, bo się obrażę! Wiadomo – stolica! Wszystko pan w tych budkach dostaniesz. Od polskiego kawioru, czyli kaszanki, do łososia i kurczaków z mizerią. Na żądanie zrazy nalesońskie z grzybkamy tyż mogą być.

– No to może rąbniem po jednem dziecinnem pod ten polski kawior?

– Jeżeli ma się zrozumieć koniecznie, to ja się nie odkażę, ale pan szanowny pozwoli się zapoznać, bo salonowe alibi przede wszystkiem. Piecyk jestem, Teofil, warszawski rodak z dziada pradziada.

– Kitwasiński się nazywam, także samo nie z Grójca, tylko że w obecnem czasie w Łodzi mieście w charakterze spalonego zamieszkuje. Teraz w Warszawie orientacji nie posiadam, a mam życzenie fotografie do ledykimacji sobie uskutecznić. Nie znasz pan jakiego fotografisty?

– Owszem, mogie pana zaprowadzić, to niedaleko stąd. Ma się rozumieć, po obecnej warszawskiej modzie, na świeżem powietrzu. Prześcieradło na ścianie wisi, aparat na tretuarze stoi – zajmujesz pan miejsce na krześle i w try miga zdjęcie zrobione. Po mojemu to nawet lepszy system niż dawniej, jeżeli się na przykład rozchodzi o tak zwaną fisharmonie małżeńskiego pożycia.

– Niby jak to?

– Bardzo zwyczajnie. Kto najwięcej się fotografuje? Młodziaki od ślubu. Każda jedna panna młoda musi w ślubnem welonie na portrecie dać się odrobić i w tem celu młodego małżonka do fotografisty taszczy. Każden jeden pan młody, po większej części, jest troszkie na gazie. Na dobitek kołnierzyk go pije, półkoszulek go gniecie i w ogólności jest mu gorąco jak wielkie nieszczęście. A tu fotografista elekstryczne lampe przed samą mordą mu zapala, druga w szyje go niemożebnie piecze, tak że chłopina nos ma czerwony, oczy przymrużone i na portrecie jak zapijaczona ofiara losu wychodzi. Potem całe życie ma złamane, bo żona – co na te ślubne fotografie rzuci okiem, to litanie mu czyta i zapytanie uskutecznia, dlaczego za takiego oliwe wyszła, któren już w dniu ślubu na nałogowego ankoholika wyglądał.

A z chwilą kiedy się zdejmamy na świeżem powietrzu, takie niebezpieczeństwo już nam, panie szanowny, nie zagraża.

– Możliwość.

– A w ogólności wszystko jest ulepszone. Chcesz pan, dajmy na to, manikure czy pedikure sobie zrobić, nie potrzebujesz pan po sklepach się rozglądać, budka na środku ulicy się znajduje, w której tak panu ręce i nogi podszykują, że najbliższa rodzina pana nie pozna. I nie nudzisz się pan przy tej robocie, bo bufet na miejscu się znajduje. Zwłaszcza poniekąd przy wycinaniu odcisków to wielkie znaczenie posiada. Powiedzmy z niemożebnego bólu pan mglejesz, ratonek jest, jak to mówią, w try miga. Angielkie czystej pan wypijesz, foremkie nóżek na zimno opendzlujesz i przytomność wraca.

– A po cholere?

– Co po cholere? Nóżki?

– Nie, ten pedikur.

– Warszawiak i jak ciemna masa z głębokiej prowincji się wyraża, jak pragne zdrowia. Kultura i sztuka nasz do tego zmusza i rozchodzi się o to, żeby na złość zrobić Hitlerowi, któren warzywo na Marszałkowskiej ulicy chciał sadzić.

– A skoro jeżeli tak, to chodź pan na pedikur.

 


Wiech nie podlizywał się głupcom ani mieszczuchom. jak przed wojną tak i po wojnie. Nie znał konformizmu ani grzeczności w stosunku do władz. Wszystkim pokazywał ostry pazur!
264 str, op. miękka, cena det. 27,30 zł (w tym 5 % vat), ISBN: 978-83-61516-63-7; projekt okładki:
Dodaj Komentarz
Ocena: 1 5
Imię / pseudonim:
Przepisz kod:
weryfikator

Zapytaj o produkt