Twoje konto

Wisła się pali

Wysyłamy w 48h koszty przesyłki od - zł

Cena: 18,20 zł z VAT 26,00 zł

Jedenasty tom Opowiadań powojennych najbardziej warszawskiego z pisarzy warszawskich Stefana Wiecheckiego WIECHA. Wiech nie tylko odtwarza koloryt Warszawy, on wręcz tworzy język, gwarę warszawskich drobnych cwaniaczków. Opisując świat z puntu widzenie przeciętnego Warszawiaka cwaniaka, zawsze pewnego swych racji zauważa w tym świecie masę absurdów, rzeczy pozytywnych i negatywnych. Wiech częstokroć kpi sobie z władzy, ale ponieważ robi to jako pan "Wątróbka" (bo tak się nazywa główny bohater opowiadań Wiecha) to zdaje się, iż można to traktować z przymrużeniem oka. A tym czasem Wiech był po prostu wielkim pisarzem i stworzył tę swoją  specyficzną formę bo może ułatwiała zawoalowaną krytykę i pozostawiała to co najcenniejsze - trochę żartu, śmiechu, przymrużenia oka. A o języku swojej twórczości sam Wiechstwierdził ambiwalentnie Pytano mnie, czy uważam się za współtwórcę gwary warszawskiej. Współtwórca to za duże słowo. Starałem się zawsze wiernieją tylko odtworzyć. Oczywiście zdarzało się na kanwie istniejących zwrotów wyprodukować coś nowego, ale wypadków tych było niewieleTej gwary już prawie nie ma powracamy więc do Wiecha trochę z tęsknoty za dawną Warszawą, ale może przede wszystkim to po prostu pisarz znakomity, o którym M. Choromański pisał nawet; Uważam Wiecha za jednego z najlepszych polskich pisarzy współczesnych. W tym tomie znajdziecie opowiadania z lat 1965-67.
Kto czyta Wiecha, ten się uśmiecha!
W tym tomie znajdziecie opowiadania z lat 1965-67. Ot, choćby taką perełkę:
Nie płacz, Zieliński Gienia od dwóch dni nie przyjmuje pokarmów, to znaczy obiadu odmawia, bo na śniadanie i kolacje rąbie przyzwoicie. A to wszystko ze zmartwienia, jak zawsze podczas Wyścigu Niepokoju.
No i ma sie rozumieć chodzi po mieszkaniu i choleruje na czem świat stoi, że telewizor sprzeda i temuż podobnież, żeby nie patrzyć, jak sie nasze chłopaki męczą.
Tą razą sztorcowała niemożebnie jakichś jaguarów, suchej nitki na nich nie zostawiała i rozpaczała, że przez nich dostaniem lubileuszowo, milejnijnie w kuchnie.
– Powiedz mnie, kochana: co to za jedne te jaguary, zwierzyna jaka czy też faceci?
Spojrzała sie na mnie jak na wariata: 
– Wisła sie pali?! Co ty gazet nie czytasz, ciemniaku, alfa¬beto? Nie wiesz, że jaguary to są rowery, na których nasze cykliści w tem roku pojedą?
– No to co?
– A to to, że to są jaguary łamagi, rowery kaleki, taka ich w te i nazad!
I artykuł mnie w „Życiu Warszawy” pokazuje, gdzie faktycznie pisało, że nasze zawodnicy nie są zadowolone z przepięknych jaguarów otrzymanych prosto z fabryki na ten wyścig.
Okazuje sie, że te ostatnie krzyki techniki mają mnóstwo poważnych felerów. I nasze chłopcy zaczem przed wyścigiem leżyć i wypoczywać czy do kina z narzeczonemi uczęszczać, zmuszone są usmolone jak wielkie nieszczęście, w pocie czoła, przy swoich tak zwanych stalowych rumakach, w charakterze ślusarzy, blacharzy i lakierników tyrać.
Krzywe ramy prostują, wichrowate felgi klepią, zluzowane szajby blindują, siodełka mocują, szprychy naciągają. Bo te jaguary to są właściwie nie rumaki, tylko stalowe koguty, na dobitek garbate.
Całe szczęście, że każden jeden z naszych kolarzy ma jakiś fach w ręku. Dużo jest w pośród nich mechaników a także samo figuruje kucharz i kielner. Tak że w razie czego, jakby jem wszystkie jaguary wysiedli, obiad z trzech dań z komputem na szosie sobie ugotować i elegancko podać mogą. Jednakowoż lepiej by było, żeby ktoś inny za nich to wszystko robił. No ale skończyli jakoś ten genieralny remont i pojechali koleją do czeskiej Pragi.
Nawet pisało w „Sztandarze Młodych”, jak tam było w tem wagonie. Przyjemnie, serdecznie, okolicznościowo, mo¬wy i przemówienia. Tylko Kudra troszkie podobnież przeszkadzał, bo kichał raz koło razu. Jest fatalnie zakatarzony, przemęczony wyścigiem doobkoła Belgii i długą podróżą do Warszawy, ale poza tem „zdrów jak ryba”.
Gienia na rybach sie nie zna i dlatego ją to troszkie wyprowadziło z nerw, ale nic nie mówiła. Odezwała sie dopieru później, jak przeczytała o kapitanie. Pisało tam mianowicie, że kapitanem został sie wybrany Zieliński. Trener Łasak powiedział, że „te zaufanie dopomoże Zielińskiemu w przełamaniu niewiary w siebie w momentach kryzysu na trasie. To uta¬lentowany kolarz, ale nie jest zbyt odporny psychicznie”.
– To znaczy, że jak krewa, siada w rowie i płacze! – krzykła na to Gienia i trzasła głębokiem talerzem o podłogie.
– Ależ nic podobnego. Nie wtrącaj sie, Gieniuchna, nie znasz sie na sportowych sprawozdaniach, zawsze jest potem albo lepiej, albo gorzej, jak u Wicherka.
– Mam racje, więcej nie wezme gazety w rękie, telewizor sprzedam, radio do śmietnika! – tak krzyczała.
Ale ja ją znam. Przez ramie będzie mnie do Expressiaka zaglądać, przez dziurkie od klucza w telewizor kapować, z kuchni radia podsłuchiwać.
Sportówka ona jest nałogowa, tylko ciut-ciut za mało od¬porna psychicznie.


Opowiadania powojenne tom XI; 216 stro; projekt okładki: Ewa Gawlik; ISBN: 978-83-7998-182-3; cena det. 26 zł
Dodaj Komentarz
Ocena: 1 5
Imię / pseudonim:
Przepisz kod:
weryfikator

Zapytaj o produkt