Twoje konto

Maniuś Kitajec i jego ferajna

Wysyłamy w 48h koszty przesyłki od 13,00 zł

Cena: 21,44 zł z VAT 32,00 zł

Kolejny, dziewiąty już tom Opowiadań powojennych najbardziej warszawskiego z pisarzy warszawskich Stefana Wiecheckiego WIECHA. Wiech nie tylko odtwarza koloryt Warszawy, on wręcz tworzy język, gwarę warszawskich drobnych cwaniaczków. Opisując świat z puntu widzenia przeciętnego, trochę z marginesu osobnika zauważa w tym świecie masę absurdów, rzeczy pozytywnych i negatywnych. Wiech oddawał koloryt ulicy, ale sam był dżentelmenem w każdym calu. A poza tym Wiech był po prostu wielkim pisarzem i stworzył tę swoją specyficzną formę bo może ułatwiała zawoalowaną krytykę i pozostawiała to co najcenniejsze - trochę żartu, śmiechu, przymrużenia oka. A o języku swojej twórczości sam Wiech stwierdził ambiwalentnie "Pytano mnie, czy uważam się za współtwórcę gwary warszawskiej. Współtwórca to za duże słowo. Starałem się zawsze wiernie ją tylko odtworzyć. Oczywiście zdarzało się na kanwie istniejących zwrotów wyprodukować coś nowego, ale wypadków tych było niewiele."Tej gwary już prawie nie ma powracamy więc do Wiecha trochę z tęsknoty za dawną Warszawą, ale może przede wszystkim to po prostu pisarz znakomity, o którym M. Choromański pisał nawet; "Uważam Wiecha za jednego z najlepszych polskich pisarzy współczesnych". W tym tomie znajduje się jedna z dwóch powieści Wiecha, mistrza krótkiej formy. Jest to zatem tom wyjątkowy, a Wiech jak się okazuje sprawdza się i w dłuższej niż opowiadanie formie pisarskiej. No i ta galeria barwnych postaci od hrabiego, profesora, przez murzyna Jumbo, Piskorczaka zwanego Szmają, panią Rypalską ale panią Aniołkową aż po samego Maniusia Kitajca tylko nie Chińczyka bo za Chińczyka to Maniuś Kitajec by się obraził. Próbka w szczegółach
Wiech nie podlizywał się głupcom ani mieszczuchom. Jak przed wojną, tak i po wojnie. Nie znał konformizmu ani grzeczności w stosunku do władz. Wszystkim pokazywał ostry pazur

Opóźniony… pociąg osobowy ze Szczecina wjedzie na tor drugi, peron piąty, powtarzam…
Na placyku przed drewnianym barakiem, imitującym Dworzec Główny, dramatyczny baryton płynący z megafonu wywołał spore poruszenie.
Kilku przechodniów przyśpieszyło kroku, bagażowi ociężałym starczym truchtem ruszyli w stronę furtki prowadzącej na perony. Kierowcy kilkunastu mniej lub więcej odrapanych taksówek warszawskich, gawędzący dotąd grupkami, rozbiegli się jak podcięci batem.
– Chłopaki, Szczecin – chodu! – krzyknął do dwóch kolegów, zagapionych na przystojną dziewczynę z nartami kierowca szarej warszawy, starszawy, krępy, korpulentny szatyn. I poważnie, lekko tylko przyśpieszywszy kroku, ukrył się wraz ze wszystkimi szoferami w hali dworcowego baraku.
Po chwili przez drzwi furtki, oddając po drodze bilety, trzymane czasem w zębach, zaczęli się wysypywać na placyk zmęczeni, niewyspani podróżni. Pierwsi z nich dopadli zamkniętych na głucho taksówek, niespokojnymi oczami poszukując na próżno nieobecnej obsługi. Objuczeni jak wielbłądy bagażowi rzucili się w stronę jakiejś nadjeżdżającej właśnie z miasta dekawki, ale za obie jej klamki trzymali już, galopujący z szybkością 40 km na godzinę, czterej kandydaci na pasażerów. Piąty cwałował z tyłu z łóżkiem polowym na głowie. Taksiarz dodał gazu, trzej zawodnicy odpadli od klamek, czwarty trzymał się jednak kurczowo. Jeszcze jeden zryw maszyny i ten ostatni potoczył się w stronę chodnika, dostał jednak po drodze w plecy polowym łóżkiem i wraz z jego właścicielem wywinął efektownego kozła.
Zanim się pozbierali, bagażowy ładował już do opróżnionego wehikułu walizki jakiejś flegmatycznej damy z pieskiem na ręku.
W tej chwili, wlokąc za sobą łóżko, zjawił się posiniaczony szybkobiegacz.
– Panie, co to za porządki? Ja pierwszy złapałem za klamkę, już na Towarowej!
– Mało z tem, w biegu pasażerów nie zmieniam, to nie cyrk, tylko samochodowa komunikacja pasażerska. Zresztą i tak się pan nie nadajesz z tą maszynerią. Pluskwy mnie pan chcesz w wozie zaprowadzić, żebym się potem z niemi użerał?
– To nowe łóżko.
– Nowe nie nowe, bierz pan sałatę. Koniec rozmowy.

Dobroduszny i zjadliwy humor Wiecha pasuje też i do naszej rzeczywistości.
248 stron; op. miękka; projekt okładki: Ewa Gawlik; Opowiadania (i powieści) powojenne tom IX; ISBN: 978-83-7998-164-9
Dodaj Komentarz
Ocena: 1 5
Imię / pseudonim:
Wpisz kod widoczny na obrazku:
weryfikator

Zapytaj o produkt