ballard, burgess, ellis, filas, himilsbach, welsh, wiech > wydawnictwo vis-a-vis/Etiuda

Kup teraz!

Cena: 13.00 PLN
Ilość:
drukuj
Proza polska

Antoni Pieńkowski - Dookoła pajaca. Opowiadania z czasów PRL-u.

Antoni Pieńkowski  - Dookoła pajaca. Opo

Antoni Pieńkowski (ur. 1950) - dziennikarz, pisarz, poeta. Publikował wiersze i opowiadania. W 2003 roku wydał zbiór opowieści pt. "Aniołek i inne opowiadania". Jeszcze w tym samym roku zaskoczył czytelników biograficzną opowieścią "Ewa", literackim hołdem złożonym tragicznie zmarłej żonie. Dookoła pajaca są trzecią książką autora.

W porannej ciszy rozległo się głośne ujadanie Burka. Tata podbiegł do szyby, przybliżył czoło, oczy wytrzeszczył.
- O, urzędnicy jacyś! - krzyknął.
Do kuchni weszło dwóch mężczyzn, wysoki w długim milicyjnym płaszczu i niski, gruby, z dużym brzuchem.
Milicjant przyłożył palce do czapki, opuścił je wolno, odchrząknął.
- Pieńkowski? - spojrzał na tatę.
- Pieńkowski - stanowczym głosem odpowiedział tata.
Przez dłuższą chwilę zapanowało milczenie.
- My w sprawie tego zerżniętego drzewa - wyjaśnił niski, gruby - Gajowy jestem - dodał od niechcenia.
Tata wziął się pod boki, patrzył zdziwionym wzrokiem.
- Drzewo? Ja żadnego drzewa nikomu nie zerżnąłem!
- Zerżnął pan! - milicjant podniósł głos, rozejrzał się po całym mieszkaniu.
- Nie jedno, ale cztery! - groźnie spojrzał gajowy.
- Panowie, ja nikomu nie wyciąłem żadnego drzewa! - Tata mocno uderzył się dłonią w pierś.
Obydwaj przybrali służbowe miny, patrzyli prosto w oczy mojemu tacie.
- Niech pan się lepiej przyzna! - milicjant podniósł głos.
- Kara będzie mniejsza - cicho szepnął gajowy.
- Panowie, ja niewinny! - zapewniał tata.
- Winny, winny! - wrzasnął milicjant.
- Do więzienia pójdzie pan za to! - dodał gajowy.
Mama nieśmiało stanęła z boku, przysłuchiwała się rozmowie.
- Proszę, niech panowie siadają! - nieoczekiwanie podsunęła krzesła.
Usiedli ciężko, zdjęli czapki, otarli pot z czoła, westchnęli głęboko.
Mama krzątała się po kuchni, roznieciła ogień, przestawiła garnki, zapach smażonej jajecznicy unosił się w powietrzu.
- A panowie z daleka? - zagadnęła.
- Ja z Małego Płocka - bąknął gajowy.
- Ja z Kisielnicy - dodał milicjant. Zdjął z głowy czapkę z orzełkiem, położył ją na kolanie, założył nogę na nogę, lekki uśmiech rozjaśnił mu twarz.
Mama rozłożyła jajecznicę na talerze, zaprosiła do stołu.
Nieznani goście z ociąganiem pochylili się nad jedzeniem, jedli powoli, głośno siorbali herbatę.
Tata usiadł dalej, przy łóżku, zerkał niepewnym wzrokiem na milicjanta i gajowego.
Odsunęli talerze, gajowy przeżegnał się, wstali.
- To jak było z tym drzewem? - milicjant złowrogo spojrzał na tatę.
- Pan się przyzna, dobrze radzę - szepnął cicho gajowy.
- Ja nikomu drzewa z lasu nie wywoziłem - wyjaśnił tata po raz kolejny, spojrzał z góry na obydwu niespodziewanych gości.
- Dobra, dobra, pan bierze szpadel i idziemy do lasu - zakomenderował wysoki w długim płaszczu.
- Do lasu, czyjego, a po co?
- Do pańskiego lasu - wyjaśnił gajowy.
Tata zaniemówił, patrzył na obydwu zdziwionym wzrokiem.
- Ściąłem cztery chojaki, u siebie, w lesie. Ja nic nikomu nie ukradłem - oznajmił.
Milicjant i gajowy spojrzeli na siebie.
- Pozwolenie na wyrąb pan ma? - zapytał milicjant służbowym tonem.
- Pozwolenie? Na wyrąb we własnym lesie? - pytał tata, zakładając kożuch na siebie, nie mógł trafić w rękawy.
Wyszli na podwórko.
- Idź razem z nimi do lasu! - poprosiła mnie mama.
Szedłem z tyłu, szło mi się lekko, deptałem po śladach taty i dwóch nieznanych mi panów, słońce świeciło, sadź oblepiła gałęzie drzew, policzki miałem czerwone od mrozu.
Stanęliśmy pośrodku lasu.
- To niech pan nam te pieńki odkopie spod śniegu - warknął milicjant.
- Tylko prędko, bo nie mamy czasu! - denerwował się gajowy.
Tata rozsunął śnieg, ukazały się cztery małe pieńki pokryte warstwą zamarzniętego śniegu.
- Proszę je oczyścić! - polecił milicjant.
Gajowy wyjął linijkę, przyklęknął na śniegu, mierzył grubość pnia, z mozołem zapisywał wymiary w zeszycie.
- Po co panu to drzewo? - zaciekawił się milicjant.
- Na drągi do sań!
- Pozwolenie trzeba było wziąć z gromadzkiej rady!
- Po to, aby ściąć cztery drągi w swoim lesie? - pytał tata z niedowierzaniem.
- Drewno jest pod ochroną! - służbowym tonem oznajmił milicjant.
- Ludowe państwo nie może pozwolić na samowolę. Las swój, a zapytać się o wyręb trzeba - objaśniał gajowy.
Milicjant i gajowy spisali protokół na okoliczność wycięcia czterech młodych sosen w naszym lesie, pokiwali tacie palcem koło nosa i poszli w swoją stronę.
Wkrótce tata otrzymał wezwanie na kolegium karno-administracyjne, stanął za barierką, odpowiadał na podchwytliwe pytania, usłyszał nawet, że wycięcie czterech drzew
z własnego lasu potrzebnych do remontu sań jest sabotażem, godzi w interesy Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
- A kto doniósł, że wyciąłem te drzewa? - zapytał w pewnej chwili.
Zapanowała cisza, członkowie kolegium nie śpieszyli się z odpowiedzią
Odczytano wyrok, była kara grzywny.
Tata sprzedał na jarmarku małego cielaka, poszedł do urzędu, zapłacił.
- Kto na nas doniósł? - to pytanie często padało w rozmowach przez jesień i lato.
Tata zagadnął raz znajomego pracującego w biurze gromadzkiej rady.
- Była tu u nas taka staruszka, z długim kijem, ona nagadała o tych czterech chojakach.
Pewnego razu szliśmy drogą całą trójką. Z naprzeciwka, zza łuku drogi, zmierzała w naszym kierunku sąsiadka - staruszka.
- Schodzimy z drogi! Idzie kapuś! - zakomenderował tata.
[z opowiadania "Pieńki" ]

Kraków 2004, wyd. I, str. 136, op. miękka, format: 12,5 x 19,5 cm
ISBN: 83-89640-13-9