ballard, burgess, ellis, filas, himilsbach, welsh, wiech > wydawnictwo vis-a-vis/Etiuda

Kup teraz!

Cena: 21.00 PLN
Ilość:
drukuj
Wiech

Stefan Wiechecki WIECH - Wątróbka po warszawsku

. W tym tomie znajdziecie opowiadania z lat 1962-64. Ot choćby takie cuda:
Harfa w trawie – No i jak, panie Wątróbka, uczęszczasz pan troszkie po teatrach?
– Rzecz jasna, że sie chodzi, trzeba sie upowszechniać kulturalnie.
– I gdzieś pan był w ostatniem czasie?
– W Kameralnem na Foksal.
– A co tam odgrywali?
– Wiesz pan, detalicznie nie pamiętam, ale cóś… w trawie.
– W trawie różne rzeczy bywają.
– Zaraz, zaraz, mam już: „Harfa w trawie” sie to nazywało. Bogiem a prawdą, ani harfy, ani trawy tam nie ma, jest to tak zwana licytacja poetica, czyli poetyczny bajer.
– Znaczy sie, że co?
– Pic na wode.
– Aha, to już wiem. A o co sie rozchodziło w całej tej sztuce?
– Tego nikt detalicznie nie wie. Domyślać sie tylko możem pod koniec, że idzie o walkie z domowem wyrobem środków leczniczych i konkurencją z państwowem przemysłem aptekarskiem.
– A cały przebieg jest jaki?
– Przebieg jest, uważasz pan, taki, że jedna troszkie kopnięta facetka wyrabiająca na lewo maść ziołową na wodną opuchline, zostaje nakryta przez policje, bo odbiorcy wskutek użycia tego lekarstwa zaczynają po troszku kitować. Wówczas likwiduje ona wytwórnie i nawiewa.
– No, to całkiem przytomna osoba.
– Owszem, u nasz na Szmulkach jeden uczony facet wyrabiał z kociego łoju pigułki na płuca. I po zasypaniu przez sąsiadów prysnął na Ziemie Odzyskane i tam prowadzi interes na jeszcze większą skale. Ale ta, uważasz pan, od wodnej opuchliny, nawiewa za miasto i zamieszkuje na drzewie!
– Gdzie?
– No tak, z całem gospodarstwem zamieszkuje na chojaku. Ma ze sobą kuchtę Murzynkie, zastawe stołową, nawet całą wiązkie klozetowego papieru w różowem kolorze. Gości na drzewie przyjmuje, brydża urządza, wydaje skromne przyjęcia na zimno.
– I goście siedzą na gałęziach? To chiba bezankoholowo?
– Skąd, piją whiski na potęgie.
– I nikt nie zlata na morde?
– Jeden spadł, ale zaraz go wciągli nazad.
– To muszą być cyrkowcy.
– Nie, zwyczajne artyści, tylko że na próbach wytresowane; przez niejaką Skuszankie, sprowadzoną specjalnie w tem celu z Nowej Huty.
– No, jak z Nowej Huty, to wszystko w porządku. Było, nie było, to musi być bardzo ciekawe.
– Nadzwyczaj. Ale ten różowy papier przeszkadza w obserwacji, cała publika przestaje słuchać, tylko jak zaczarowana przygląda sie i zastanawia, gdzie go derekcja dostała, chiba z Ameryki sprowadzony. I tak jest rzeczywiście, cała sztuka amerykańska, nawet kowboje tam występują.
– Po co?
– Żeby frekwencja uczęszczała. Patrzy derekcja, że pod kinamy na „Rancho w dolinie” czy na „Rio Brawo” ogonki w ósemkie na ulicy pozakręcane, myśli, sprowadziem i my kowboi do Kameralniaka. Dwóch ich co prawda tylko przedstawia w sztuce, ale robią co mogą. Jeden to Maniek Łącz, dawniejszy lewy obrońca Legii, ten ma ikre i wykop taki, że jeszcze dzisiaj jest na co popatrzyć, jak po scenie zasuwa. Drugi tyż niezgorszy. Ale co kowboje warte bez koni. Na piechote sie jeden z drugiem rozbryka i do pierwszego rzędu między publikie wpadnie? Totyż strzelaniną i krzykiem nadrabiają. Ale ubawić sie można.
– No i jak sie kończy?
– Kończy sie tak, że wszyscy złażą z choinki. Bo jak dłu¬go można mieszkać na drzewie, dzień, dwa. Gałęzie w pierwszą krzyżową piją. Ciziula od maści daje za wygrane, odpala przepis przemysłowi farmaucentycznemu i zostaje się kierowniczką państwowej apteki.
– No to faktycznie jest na co popatrzyć. A te drzewo prawdziwe?
– Kiszkie. Z łat, uważasz pan, zbite i pobejcowane na ciem¬ny mahoń. Wygląda troszkie na taki pagrypsny, znaczy się powiększony wieszak na palta i kapelusze, i artyści faktycznie cuda równowagi na tem wieszadle uskuteczniają. Omsknąć sie łatwo, a tu jeszcze nie tylko siedzieć, ale i deklamować trzeba, a nawet śpiewać. W tych waronkach język sobie przygryźć nie tak trudno.
– Ciekawe, ale wiesz pan, nie bardzo rozumie, dlaczego w takiem mrożącem krew w żyłach miejscu ten aptekarski ka¬wałek sie odgrywa?
– Postępowość, uważasz pan, do tego nasz zmusza. Wszędzie już sztuki byli odgrywane, na elekstrycznych karuzelach, na balkonach, na mularskich rusztowaniach, na huźdawce, ale na drzewie żadnej jeszcze nie było. No to masz ją pan.

Opowiadania powojenne tom X; 264 strony, op. miękka, projekt okładki: Ewa Gawlik; ISBN: 978-83-7998-181-6; cena det. 28 zł