ballard, burgess, ellis, filas, himilsbach, welsh, wiech > wydawnictwo vis-a-vis/Etiuda

Kup teraz!

Cena: 20.00 PLN
Ilość:
drukuj
Wiech

Stefan Wiechecki Wiech - Odświętna butelka

WIECH - Opowiadania przedwojenne tom XV czyli reportaże warszawskie

Bez rolety – Pani Rosołek kochana, przepraszam, że bez sztukania wpadam, ale trzęse się cała jak galareta ze zgorszenia publicznego. – Co się zrobiło, pani Wypych szanowna, siadaj pani na chwile. Może waleriana dać pani na cukier? – Nie, dziękuję, czasu nie mam ani sekundy, szarlotkie pieke i musze pilnować, żeby się mnie nie rozleciała. Przyszłam tylko, żeby paniusi tą rzecz powiedzieć i lece do siebie. Ale musiałam, musiałam się użalić, bo czuje, że serce by mnie pękło. – Ale o co się rozchodzi, pani Wypych najdroższa, powiedz że pani nareszcie. – Nie mogie, nie mogie, damski wstyd mnie nie pozwala, zobacz pani Rosołek sama... o tam, w tem oknie na lewo... – U tego rudzielca spod szesnastego? – U niej! – U tego malowanego wypłosza z wyskubanemy brwiamy? – U niej, u niej, szantrapy z kindziorowatym łbem. Widzisz pani? – Ciut ciut, ale nie bardzo. – To przysuń się pani Rosołek do mnie. No i co paniusia na to? – Faktycznie, wstyd i obraza boska, ale... detalicznie powiedziawszy, to rzeczywiście nic nie widze. Miga się tylko coś białego! – Ee... w taki sposób szkoda było mojej fatygi. Pokazuje i pokazuje, a pani wytrzyszczasz oczy jak ślepa komenda i nic. Żałuję, że do Skubiszewskiej nie poszłam... – No to już, leć pani, trzyma cie kto? Patrzcie ją, jaka to ważniaczka, z krótkiego zwroku się naśmiewa. Ja pani robie zarzut, że morde masz dziobate jak durszlak? – Pani Rosołek, nie kłóćmy się, żeby nie o to, że o nasze wspólne szczęście małżeńskie się tu rozchodzi, pokazałabym pani za ten durszlak. – Ja także samo ślepej komendy bym nie darowała i kto wie, czy bym paniusi łba ukropem nie wyparzyła, ale skoro jeżeli o szczęście małżeńskie się rozchodzi, to ja do zgody jak ryba do wody. – To tak samo jak i ja. Znakiem tego posłuchaj pani... – Zaraz, mam tu gdzieś okulary starego, założe ich, to może coś zobacze. – No i co? – Widze... widze... rudzielec w oknie siedzi i jakiegoś mężczyzne po policzkach głaska. – Nie... to nie mężczyzna, to lustro, w którem swoje żółte kudły czesze. – Jakżeż nie mężczyzna, kiedy wąsy widze... – Pani Rosołek, nie sprzeczaj się pani, bo z powodu krótkości oczków pomyłkie pani robisz. Mężczyzny żadnego nie ma, ale zgorszenie jest, jak taka klempa w desusie w okno wlizie i łbem trzącha, Nieraz już przyuważyłam, że mój i panin chłop w oknach siedzą i mało jem ślipie w tamtem kieronku nie wyskoczą. – Co pani mówisz? – Jak mnie pani żywą widzisz. – Trzeba by na to coś poradzić. – Może dzielnicowemu się poskarżyć? – Moja pani, a dzielnicowy to nie mężczyzna? Jak się dowi, sam gotów w okno od sieni wleźć i za winkla na te rudą peje kapować. Tak nie można, tu trzeba do prezydenta miasta Warszawy proszenie napisać, żeby rudzielcowi kazał rolete w oknie powiesić, albo do Berezy ją cholere! – I to nie tylko ją, całe lewe oficyne trzeba krótko przy twarzy wziąść, żeby sobie lorety pokupowała, a zwłaszcza poniekąd tych studenciaków z czwartego piętra. Patrz pani, co oni wyprawiają, na goło chodzą po mięszkaniu, a jeden jak go Pan Bóg stworzył leży na kanapie. – Gdzie, gdzie, pani kochana? Któren to? – O... o... tam przy ścianie, widzisz go pani? – Pani Wypych szanowna... mnie się zdaje, że... to trup. – W jaki sposób? – A w taki, że studenty mają zwyczaj trupów do domu przynosić, w kawałki ich krają i na dochtorów się w ten deseń uczą. U mojej bratowej na Kaczej ulicy mieszkał jeden taki, to co i raz cóś z trupiarni do domu przytaskał. Raz rękie, raz nogie, a to znowuż cynaderkie albo wątróbkie. Najgorzej, że garnków od bratowej żądał i w nich te świństwa parkotał. Bratowa z początku nie wiedziała, co się święci, ale jak jednego razu rękie pod jego łóżko wsadziła, żeby pantofli poszukać, i za trupią główkie złapała, z miejsca eksmisje mu dała. – No, tamten chociaż po kawałku nieboszczyka do domu przynosił, a te z przeciwka w całości. Co oni teraz będą z niem robić? – Pokrają i do kotła. Patrz pani, już jeden z nożem do ciała podchodzi! Kraje go, kraje! – Pani Rosołek... znowuż siła zwroku panią zawodzi. To nie ciało, tylko goły student, a ten drugi nie kraje go, tylko goli mu twarz! Świntuchy, do kosmetycznej obsługi koszule i tyrkoty muszą zdejmać. O nich tyż trzeba napisać do magistratu! – I o tem brenecie z drugiego piętra, co się pod radionowe komende w oknie gimnastykuje. – Wiadomo... A może nie pisać. Teraz jak się wyjrzy przez okno, rozrywkie umysłową mieć można. Przy loretach nudno będzie. – Ale rudzielca trzeba rozumu nauczyć. – Rzecz naturalna. Czekaj pani, skocze po Skubiszewskie i razem jej z paninego okna pogroziemy! – Musi lorete kupić! 232 strony; oprawa miękka; projekt okładki: Ewa Gawlik: edycja: Robert Stiller; nota edytorska: Robert Stiller; ISBN: 978-83-7998-063-5; cena det. 26 zł