ballard, burgess, ellis, filas, himilsbach, welsh, wiech > wydawnictwo vis-a-vis/Etiuda

Kup teraz!

Cena: 11.00 PLN
Ilość:
drukuj
Proza polska

Sławomir Łuczak - I tak wszyscy się tu znajdziecie

Z szacownych kamienic z wieloletnimi tradycjami, z peryferyjnych blokowisk zasnutych odwiecznym smogiem utyskiwania i pospolitości, z ekskluzywnych hoteli pięciogwiazdkowych rozsianych w centralnych rewirach Starego Miasta, z wielotysięcznych zakładów pracy, drobnych firm, średnich przedsiębiorstw, banków, hipermarketów, stadionów sportowych, redakcji gazet, stacji telewizyjnych i radiowych, urzędów, kościołów ewangelickich, katolickich i zielonoświątkowych: przychodzili i odchodzili, aby potem znów przyjść i powrócić. Jak muchy do lepu, jak ćmy do ożywiającego mrok światła, z portfelami grubymi i chudymi, z czekami i kartami kredytowymi, z ostatnimi oszczędnościami, z pierwszymi wypłatami, z rozbrajającą i wysoce przeze mnie cenioną potrzebą uczynienia mnie bogatszym, z poczuciem straty i bolesną potrzebą rozświetlenia krętych ścieżek swoich prywatnych losów światłem rozkosznego zapomnienia nabierającym na siedemnastu metrach kwadratowych mojego skąpanego w czerwieni sklepu przy ulicy Skrytej 7 specyficznego wymiaru. Zadawali mi precyzyjne pytania robotnicy, inteligenci, uczniowie klas maturalnych, studenci, nauczyciele gimnazjalni, wykładowcy uniwersyteccy, urzędnicy administracji państwowej i im więcej pytali, tym większy stawał się mój niewielki w istocie lokal handlowy, a moja funkcja sprzedawcy, doradcy i usłużnego powiernika nierzadko wstydliwych sekretów urastała do nieznanej mi wcześniej rangi, przy czym należy zaznaczyć, że ponad srebrzącymi się pierwszym śniegiem szczytami Tatr i skąpanymi w smogu i sadzy dachami gotyckich kościołów, znad wysychających zalewów i jezior, zainfekowanych cywilizacją rzek, dziesiątkowanego ropą morza, z czarnego, usianego serpentyną dawno umarłych gwiazd nocnego nieba, z pomiędzy promieni słonecznych wbijających się klinem w tarasujące dostęp do ziemi cumulusy, zewsząd nadchodził zapowiadany przez amerykańskich naukowców ze stanu Dakota oraz innych stanów Koniec, co zdawały się potwierdzać zdezorientowane niedźwiedzie polarne opiekujące się młodymi fokami, dumne lwy łaszące się do mimo wszystko pozostających w stanie nieufności antylop, słynące z pogodnego usposobienia delfiny rzucające się z wściekłością na żarłacze tygrysie oraz lekko oszołomiony niezapowiedzianym spadkiem temperatury i pierwszym śniegiem, marzący o złotej polskiej jesieni październik, który przemianował ulicę Skrytą oraz inne ulice Królewskiego Stołecznego Miasta Krakowa w tonące w bieli, nieprzejezdne szlaki komunikacyjne. Wiosną, zimą, jesienią i latem, pomiędzy jedenastą, a dziewiętnastą, z nieznośną świadomością zbliżającej się Ostateczności całe chmary ludzi pięknych, brzydkich i nijakich wkraczały do mojego zatopionego w czerwieni królestwa, aby w jego granicach, a później, poza moją jurysdykcją, w ramach wypracowanej naprędce ideologii, lub kompletnie jej pozbawieni, z energią, bądź bez jej udziału, w dzikim szale, z programową obojętnością i podnoszącą ciśnienie nadzieją, z rozpierającą radością i w obezwładniającym smutku, oni, ludzie, właściciele lśniących karoserii samochodów, napuchniętych kont bankowych i złotych zegarków, odzieży renomowanych firm, jak i tej zakupywanej na kilogramy w mniejszych i większych sklepach paradowali przede mną, przed starannie wykoncypowaną czerwienią ścian oraz czernią inkrustowanej fantazyjnie czerwonym kryształem lady, aby po zaledwie chwili obecności złożyć już dawno przemyślane zamówienie i zniknąć tak jak to tylko oni, ludzie, mieli w swoim zwyczaju: nieoczekiwanie. Zostawiali mnie samego i zużytego, z delikatnym uśmiechem błąkającym się po moich nieodgadnionych ustach, z kolejnym banknotem o wysokim nominale piętrzącym się na stercie podobnych papierków produkowanych od lat w narodowej mennicy i gnali do swoich domów popędzani wizją Końca oraz perspektywą natychmiastowego wykorzystania zakupionych rozważnie przedmiotów z taką intensywnością, żeby Koniec codziennie i niezmiennie przywoływany przez media krajowe i zagraniczne przetransformować w nieistotną bzdurkę, w abstrakcyjne, odrealnione pojęcie, co na dobrą sprawę zrobić mogli także na początku ulicy Skrytej, dwieście metrów od mojego niewielkiego lokalu handlowego, gdzie połączone grupy kapitałowe i konsorcja wybudowały absorbujące wzrok centrum handlowe tytułując ją adekwatnie do lokalizacji Galerią Skrytą. op. miękka, format 12,5x19,5 cm, 104 str, cena det. 15 zł, ISBN: 978-83-61516-61-3